Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pure Luxe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pure Luxe. Pokaż wszystkie posty

Znowu makijażowo.

12:33 Posted by Insane

W przygotowaniach notka o pielęgnacji i twarzy i włosów.. Trochę o algach, trochę o maskach... Ale tymczasem popełniłam kolejny kolorowy makijaż, to już wrzucę ;)
jakoś dawno się nie maziałam. W standardzie ostatnio było bardzo klasyczne oko w brązach i beżach, bo i ochoty na kolory brakowało. No, ale że wiosennie się już tak robi... Cieplej za oknem i na sercu, to czas na zmiany ;)

Twarz:
Podkład: Lucy Minerals - Pale Olive
Puder: EDM - Luminizing Powder
Korektor: EDM - Pearl Mint i Lumiere - Salmon pod oczy
Poliki: EDM - Waffle Cone

Oczy:
Aromaleigh - Neon Lights i Heatwave
EDM - Chamomile
Pure Luxe - Immoral








Oczywiście nie potrafię wybrać kilku zdjęć, więc łapcie całą sesję ;)

Niby nic...

12:43 Posted by Insane

Ciężko opisać coś, czego na pierwszy rzut oka nie widać, a jednak działa.
Zwłaszcza, jeśli efekt tak naprawdę zauważalny jest po dłuższym czasie.


Dostępny jest w wersji oryginalnej - kremowej albo pudrowej. Dostępne są także wersje kolorowe, czyli połączenie kolorowych korektorów i idei eraser'a.



Najkrócej mówiąc - jego zadaniem jest stworzenie efektu photoshopa na naszej buzi ;) ma wizualnie wygładzić zmarszczki, zmniejszyć pory, zredukować wszelkie niedoskonałości, nierówności. Słowem - nasza cera ma być idealna.
Przyznaję, że do takich rzeczy podchodzę z wielką dozą ostrożoności. Zawsze, ale to zawsze boję się zapchania i efektu dokładnie odwrotnego (zgodnie z teorią - mniej, znaczy więcej.... po prostu nie lubię mieć wielu warstw makijażu na twarzy ;) ).
Wybrałam wersję pudrową. Zawiera podobno puder perłowy, który ma nawet nawilżać.
Słoiczek z 1/4tbs pudru kosztuje 2$.



Mój odcień: original.
Nawet nie próbowałam uchwycić go na zdjęciach, na swatchach, na dłoni. On jest po prostu niewidoczny po nałożeniu ;)
Przy mojej bladej cerze nie odcina się wcale, ale osoby o ciemniejszej karnacji powinny uważać (lub wybrać odcień Medium ;) ) - mógłby zostawić białawy, mączny film.

W "dotyku" bardzo kremowy, łatwo się wtapia, łatwo rozciera, rzeczywiście nie wysusza.
Co robi?
Zdecydowanie przedłuża trwałość makijażu! Może nie tyle trwałość, co świeżość.
Macie tak, że po wielu godzinach (np. w pracy ;) ) makijaż dalej się trzyma bez zarzutu, ale właściwie to... no, już nie jest taki 'świeży'. My jesteśmy zmęczone (pracą właśnie ;) ), makijaż po 10 godzinach wiadomo, nie wygląda jak świeżo nałożony... A no właśnie. Po użyciu erasera nie ma efektu "utraty świeżości". Po 10-12 godzinach pracy spoglądam w lustro - i choć sama czuję się wymięta i wyprana ze wszystkich sił witalnych, to jednak dalej wyglądam świeżo, 'czysto', nienagannie...

Poza tym, faktycznie delikatnie wygładza buzię, zmniejsza pory. O dziwo, efekt najbardziej widoczny jest na cerze, która sama w sobie jest w dobrej kondycji. Wtedy faktycznie uzyskujemy efekt photoshopa i z lusterkiem powiększającym w ręku doszukujemy się niedoskonałości, które przecież jeszcze przed chwilą tu były! ;)
Niemniej jednak, jeśli borykamy się chwilowo z jakimiś problemami z cerą - efekt już nie będzie tak spektakularny. Niby jakaś poprawa zauważalna, niby coś tam robi, ale czujemy niedosyt, bo do "efektu photoshopa" jednak daleko.

Puder sam w sobie jest bardzo wydajny, wystarczy naprawdę odrobina, żeby omieść całą twarz. Nie jest to mój niezbędnik, ale zawsze jestem miło zaskoczona, jak już nie zapomnę go użyć... ;)




Kolejnym takim produktem jest Cream Lash Thickener & Conditioner od Aromaleigh. Niestety, zdaje się, że już jest niedostępny na stronie Aromaleigh (a przynajmniej ja go obecnie odnaleźć nie potrafię). A szkoda, bo bardzo się polubiliśmy.

Jest to kremowo-biała baza pod tusz do rzęs. Nie zauważyłam wprawdzie odżywienia (chociaż przyznać muszę, że przy demakijażu gubię mniej rzęs!), ale wyraźnie poprawia działanie tuszu do rzęs!
Przede wszystkim - ładnie rozczesuje rzęsy i ich nie skleja. Nie pozostawia widocznego, białego filmu (może troszkę, na końcówkach rzęs coś widać) - więc równomierne pokrycie rzęs tuszem nie stanowi żadnego problemu.




A same rzęsy? Pięknie pogrubione (a jednocześnie absolutnie niesklejone!), delikatnie wydłużone. Zero sztywności, osypywania się, kruszenia w czasie noszenia. Rzęsy wyglądają zdecydowanie lepiej z bazą, jak bez niej. Teatralny efekt? No.. może nie do końca (ale ja lubię mocno podkreślone rzęsy). Ale blisko, blisko.... ;)

Kolejną, a może najważniejszą zaletą jest - brak podrażnienia. Oczy mam wrażliwe i niestety potrafią być zaczerwienione i pięknie łzawić dosłownie po wszystkim. Dlatego zawsze nieufnie podchodzę do testowania nowości w okolicach oczu - od tuszy począwszy, a na kremach skończywszy. Tutaj - podrażnienia jakiegokolwiek brak, za co oczywiście olbrzymi plus!



Wydajność - zadziwiająca. Używam codziennie, a ubytku nie widzę absolutnie żadnego. Minusem jest brak podanej daty ważności - ale dopóki organoleptycznie nie stwierdzę, że coś może się z nią dziać niedobrego - będę używać ;) jeśli jej trwałość okaże się równie imponująca, co wydajność - to jest szansa, że towarzyszyć mi będzie do późnej starości ;)

MEOW

11:42 Posted by Insane

Czas na swatche mojego pierwszego zamówienia z MEOW (dzięki uprzejmości Gosi :* ).
Przymierzałam się do niego bardzo długo, bo ich strona i opisy mnie po prostu przerażają. Nie mogę się połapać w tych wszystkich kocich nazwach.... Gubię się po prostu i konia z rzędem temu, kto umie się w tym połapać i spamiętać te wszystkie cudaczne nazwy :)

Po kolei - podkłady.
(od razu przeproszę na ciemne zdjęcia sampli - słońce postanowiło zbojkotować moje plany fotografowania i schowało się za chmurami)



Pampered Puss - 0 - Inquisitive Siamese - według strony powinien być to odcień neutralny, bez dominujących tonów brzoskwiniowych ani różowych, ale z odrobiną żółci i beżu.

Pampered Puss - 1 - Sleek Siamese - jak wyżej, tylko o ton ciemniejszy odcień.

Pampered Puss - 0 - Inquisitive Bengal - według strony należy do kategorii chłodnych beży, dla osób bez dominujących tonów żółtych, czy brzoskwiniowych.

Pamperes Puss - 1 - Sleek Bengal - jak wyżej, tylko o ton ciemniejszy odcień.

Pampered Puss - 0 - Inquisitive Mau - według strony jest to ciepły odcień dla osób o z delikatnymi różowymi, żółtymi i brzoskwiniowymi tonami. Dla osób, dla których Siamese było prawie dobre, ale ciut za żółte.

Pampered Puss - 1 - Sleek Abyssinian - według strony to odcień żółto-beżowy dla osób z wyraźnie dominującymi tonami żółci i beżu.



Szczerze mówiąc, nie wiem który mógłby mi pasować tak idealnie. Na chwilę obecną zaryzykowałabym chyba 0 - Siamese, bo po kwasach mi się zżółkło ;)
Bengal jest rzeczywiście zbyt chłodny (może na zimę?), a Mau zbyt ciepły. Abyssinian mimo, że jest naprawdę żółciutki, mógłby się nieźle wtopić. Albo dać efekt małej chińskiej dziewczynki ;)
No cóż, trzeba będzie testować...

Jeśli zaś chodzi o formułę Pampered Puss, to powinna cechować się niezłym kryciem (już nie delikatne wyrównanie koloru, ale jeszcze nie porządny kamuflaż), aksamitną konsystencją i całkowicie matowym wykończeniem.
Nie wiem jak z kryciem, ale rzeczywiście bardzo delikatnie i przyjemnie się je aplikuje - są takie miałkie... No i rzeczywiście matowe. Zobaczymy, jak to będzie na twarzy np. po kilku(nastu) godzinach ;)


Czas na tzw. Skinny Dippers, czyli coś, co powinno nam służyć do konturowania twarzy, podkreślania np. kości policzkowych i być w odcieniu odpowiadającym naszemu podkładowi. Nie ma być to wyraźny róż/bronzer, tylko coś, co nie powinno rzucać się od razu w oczy, a jedynie dawać efekt "upiększenia", konturowania twarzy.
MEOW zaleza aplikację na kości policzkowe jako bardzo delikatny róż lub na już nałożony róż dla świeżego, dziewczęcego wyglądu.
Również pod kości policzkowe, co ma zapewnić bardzo naturalne konturowanie twarzy i uwypuklenie kości policzkowych.
Także jako cień do oczu, rozświetlający spojrzenie.



Light Korat - myślałam, że posłuży mi jako delikatny bronzer, ale niestety okazał się być naprawdę ciemny (a miał być "Light" ;) ) i zbyt żółty. Wydaje mi się, że pasowałby oliwkowym karnacjom, osobom o dalekowschodnim odcieniu cery :)

Light Bengal - baaardzo delikatny, aż ciężko go uchwycić na zdjęciu. Delikatny róż, choć o sino-fioletowym zabarwieniu w tle, zdecydowanie chłodny. Jako Skinny Dipper może się sprawdzić idealnie!

Light Himalayan - z pewnością go użyję, ale jako róż ;) przyjemny, chłodny beżo-róż, również delikatny i jasny, dla jaśniejszych karnacji zdecydowanie będzie dobrym różem (z czego oczywiście się cieszę ;) )


To teraz róże i jeden samotny cień... ;)





The Kiss - z kategorii Masterpiece - róże z tej kategorii powinny pozostawiać jedynie delikatną poświatę koloru, odświeżając cerę. I taki właśnie jest The Kiss - delikatny, chłodny, różany odcień. Nie sposób zrobić sobie nim krzywdy, poza tym jest wyjątkowo dziewczęcy, taki uroczy... Już testowany ;) spisał się nieźle, wytrzymał niemalże cały dzień i rzeczywiście dodawał cerze świeżości.

Fantasies - według strony jest to jasny, wręcz "dziecinny" róż z odrobina opalenizny w tle. Jak dla mnie, po prostu delikatny, jasny beżo-róż, chłodny, bez tendencji do ocieplania się i z całą pewnością tylko dla jasnych karnacji. U osób o ciemniejszej cerze może robić jedynie jako rozświetlacz albo Skinny Dipper ;)

Cat Lover - miał być chłodnym różanym odcieniem... Ale nie jest ;) dość intensywny, koralowo-różany. Nie widziałam nigdy podobnego różu, naprawdę głęboki i ciekawy odcień. Nie wiem, czy i kiedy odważę się go użyć, bo obawiam się, że u mnie da efekt ruskiej baby z targu, ale kiedyś się pewnie skuszę.... Interesujący, to na pewno :)

i sampel cienia, dzięki uprzejmości Gosi :)

Cat Psss - według strony jest to oliwkowo-kwaśno-zielony odcień i się w zasadzie zgadzam. Całkiem matowy odcień wpadający w khaki, ale jednak z dominującą starą, zgniłą oliwką. Na pewno ciekawy i oryginalny, ale raczej ciężki w noszeniu. Ja na pewno skuszę się na zrobienie z niego kreski, bo nakłada się go wyjątkowo dobrze, nie osypuje się, dobrze trzyma skóry, no i jest mocno napigmentowany :)


do MEOW chciałabym jeszcze wrócić, kusi mnie tyle rzeczy.... Ale ciągle powstrzymuje mnie strach przed stroną nie-do-ogarnięcia... ;)

-EDIT-

Skoro już przy MEOW jesteśmy, to dzisiejszy makijaż był okazją do testów ;)

Podkład:
MEOW - Siamese (chyba 1? nie pamietam...)

Róż:
MEOW - Fantasies

Korektor:
Pearl Mint - EDM
Sunlight - EDM

Oczy:
Ginger Peach - EDM
Cashmere - Pure Luxe
Dandelions - EDM

Puder:
Natural Reflections Fair - EDM

Usta:
wciąż pomadka BeBe - waniliowa ;)

Jeśli chodzi o wrażenia, to raczej średnie... Dziwnie mi się ten podkład nakładało, miałam wrażenie, że tworzy mi efekt chorobowego odcienia twarzy. Poratowałam się troszkę pudrem EDM, ale dalej nie wiem, czy to "to"... Zobaczymy, jak się będzie nosił w ciągu dnia :)

Pochmurno.

13:22 Posted by Insane

Ostatnie wydarzenia i pogoda nie zachęcaja do optymizmu i uśmiechu, no i żywszych barw, więc dzisiaj coś ciemniejszego. Podobno ładniej mi w delikatnych makijażach, a i ja w takowych się ostatnio dobrze czuję, coraz częściej nawet wychodzę tylko z pomalowanymi rzęsami i odrobina podkładu ;) ale dzisiaj w przypływie odrobiny czasu coś się zmalowało...

Podkład:
Lucy Minerals

Oczy:
Pure Luxe - Razor
Pure Luxe - Ultimate Cobalt
EDM - Dandelions

Twarz:
korektor - EDM - Mint
róż - EDM - Come What May
usta - pomadka BeBe Vanilla Silk :D

P.S. - jak zwykle proszę o zignorowanie głupich min ;) nie jestem dobrą "fotomodelką" ;)



Pure Luxe ciąg dalszy.. :)

11:57 Posted by Insane

Tak jak obiecałam, wrzucam kolejną porcję mojej kolekcji z Pure Luxe. Mówiłam już, że naprawdę uwielbiam tą firmę :D ?
Zdjęcia niestety były robione w pochmurny dzień, więc cienie w rzeczywistości są nieco bardziej nasycone...







Kitten - na dłoni satynowy, ale na oku już bardziej matowy odcień słodkiego, chłodnego różu. Bardzo go lubię, przyjemnie odświeża spojrzenie :)

Kiss od Moonlight - beżowo-łososiowy ze srebrnymi drobinkami, które nieco giną na oku i zostaje takie bardzo codzienny, bazowy odcień. Czasem używam też do rozświetlania łuku brwiowego :)

Jezebel - piękny odcień, mieni się od różu po niebieskości, zależnie od kąta padania światła.

Golden Girl - w sumie spodziewałam się bardziej złota, niż żółci... A tu proszę - żółtek ;) w kolorze słonecznika. Żółć nieco ciemniejsza i bardziej stonowana od Butterfly Kisses z EDM, z odrobiną tylko tonów złotawych, ale z nazywaniem tego odcienia "golden" to bym się wstrzymała... :D

Sage - limonkowo-trawiasty kolor, ale taka trawa wczesnowiosenna, nieśmiała, jasna, świeża. Dla wielbicielek zieleni - polecam :)

Ultimate Cobalt - trochę oporny w nakładaniu, jakby suchy, toporny... Ale jeśli chodzi o kolor, to jest to ciemniejszy granat, przybrudzony czernią, taki nocny, ciemny kobaltowy odcień.

Apricot - miała być soczysta brzoskwinka, a jest pomarańczowo-żółtawy odcień, raczej ciężko do przemycenia w makijażu, ale jako akcent... Czemu nie? Mimo wszystko "to nie tak miało być" ;)

Ultimate Whitney - mocno skrzące sreberko, z odrobiną delikatnego brązu w tle.






Kisses in The Dark - na dłoń ciężko się go nakładało, ale już z aplikacją na oku nie ma problemu. Ciemny, piękny odcień szmaragdu.

Ultimate Pink Ice - w słoiczku rzeczywiście ostro różowy, ale da się go nałożyć na powieki i nie wyglądać jak lalka barbie, za co duży plus ;) kolor nie jest płaski, połyskuje na chłodno-srebrzane odcienie.

Blue Jeans - jak nazwa (bardzo trafna w tym wypadku) wskazuje - odcień ciemnego, jeansowego granatu.

Moon Glow - spodziewałam się czegoś innego, z nutą tajemnicy, mniej płaskiego - a tu po prostu rozbielony żółty kurczaczek. Ani to matowe, ani satynowe... Jakby się nad tym zastanowić, to może i księżyc czasem przybiera taką barwę, ale brakuje tutaj "tego czegoś".

Lilac Ice - biało-lawendowy (z przewagą bieli jednak ;) ) i srebrnym błyskiem.

Ravishing - w opakowaniu brązowo-staro-złoty, intensywny. Na dłoni rzeczywiście jest to przyjemny, chłodny brąz z odrobiną złota w tle.

Trust Fund - głęboka, trawiasta, leśna zieleń.

Chaos - chabrowo-bławatkowy kolor, czyli po prostu głęboka niebieskość z odrobiną fioletu w tle :) bardzo ciekawy odcień.









(chyba najgorsza seria zdjęć... :( )

Fantasy - bardzo cielisty odcień, z delikatnym satynowym wykończeniem

HoHo Silver - dość ciemne, skrzące srebro :)
Heather Mist - bardzo lubię ten odcień... Beżowo-brązowo-szaro-bury, ale jednak ma coś w sobie. Nie robi ciemnej plamy na oku, zmienia troszkę swój odcień zależnie od kąta padania światła :)

Razor - w przeciwieństwie do HoHo Silver - tutaj mamy bardzo jasne, wręcz rozbielone sreberko, maksymalnie skrzace, świąteczno-sylwestrowe, imprezowe... Robi wrażenie na oku :)

Ultimate Vert - czerń z odrobiną butelkowej, głębokiej, trochę morskiej zieleni.

Latte - nie wiem skąd nazwa... Latte, które ja robię ma nieco inny kolor :D beżowo-żółty odcień, całkowicie matowy. Chyba tylko do stosowania jako cień bazowy?

French Kiss - (na zdjęciu jest błąd, podpisany został jako Lilac Ice) - odcienie te są zresztą do siebie bardzo podobne, French Kiss jest jednak bardziej lawendowo-błękitny, a mniej biały. Mimo, że poczatkowo kojarzy mi się z kolorem łazienkowym ;) na oku prezentuje się całkiem miło.

Luminous - brzoskwinkowo-różowy odcień, uroczy.







Divine - ciężko mi opisać ten kolor - jest niemalże biały, satynowy z lekkim odcieniem niebieskości/szarości w tle.

Peach Champagne - złoto-brzoskwiniowo-pomarańczowy. Dość ciepły, mocno satynowy.

Innocent - rzeczywiście dość niewinny, uroczy róż, mocno rozbielony, ale dalej różowawy.

Moody - ciemna, intensywna, butelkowo-choinkowa, może odrobinę zgniła zieleń. Kojarzy mi się trochę baśniowo - z ciemnym, nieprzebytym lasem ;)

Tigers Eye - przyjemny, chłodny beżyk. Jako cień bazowy albo do rozświetlenia łuku brwiowego.
Love Spell - majtkowy błękit ;)
Rehab - intensywny brąz z odrobiną starego złota. Przyznaję, że nie odważyłam się go jeszcze użyć na oku - obawiam się jednolitej, ciemnej plamy :D


Czas na róże i jeden puder :)






Blushin Bride - delikatny beżo-róż, chłodny, przyjemny

Vanity - dość pomarańczowy, ciemny odcień... raczej nie dla mnie, ale mógłby przypaść do gustu bardziej złotawym i ciemniejszym karnacjom :)

Tender - brzoskwinka z odrobiną różu, dość intensywny

Babydoll - delikatny, chłodny róż z odrobiną beżu

Giddy - chyba mój ulubiony :) chłodny, delikatny, bardzo dziewczęcy róż

Powder Eraser Original - puder, który ma niby służyć i jako primer - wygładza skórę, zmniejsza pory... Albo jako puder wykańczający. Nie jest zły - rzeczywiście delikatnie wygładza (optycznie) buzię, minimalnie zwęża pory, przyjemnie się go aplikuje, ale nie ma efektu "wow!"... Z pewnością nie jest niezbędny i niezbyt zauważam, jeśli zapomnę go użyć ;)